Thursday, June 30, 2011

Jeśli niniejsza notka do Ciebie dotarła (i jeśli nic nie spieprzyłem), to nie żyję. Jednak choć dla Ciebie jestem martwy, to dla mnie samego, piszącego tę notkę, oczywiście żyję i dopiero mam umrzeć - słowa "jestem" czy "będę" mogą więc być mylące. Ludzie martwi występują wyłącznie w czasie przeszłym.

Jestem świadom tego, co zrobię. Nie ma w tym niczyjej winy, poza moją własną... i jeszcze winni są mędrcy Syjonu, jezuici i cykliści. Każdemu, kto chciałby sobie przypisywać winę za mój wybór, powiem: przestań jęczeć, świat nie kręci się wokół Ciebie, nie ponosisz odpowiedzialności ani za koklusz, ani to samobójstwo, ani gradobicie.

O tym, że skończę życie samobójstwem, mówiłem otwarcie od 12. roku życia, nikt więc nie powinien być bardzo zaskoczony. Nie zabiłem się pod wpływem chwili ani konkretnego wydarzenia, dochodziłem do tego długo. Metodę także wybrałem już wiele lat temu: bezbolesną, higieniczną i skuteczną.

Moje życie się spełniło, po co zwlekać? Doszedłem do szczytu wzgórza, z którego jak na dłoni widać wszystko, co mogłoby mi się jeszcze przytrafić. Tym samym zniknęła najważniejsza zachęta do życia, jaką miałem: ciekawość tego, co za wzgórzem.

Nie udałem sobie tego życia ani ono mi się nie udało. Było przeważnie koszmarem, od zawsze wypełnionym przede wszystkim strachem. Nieustannie przed czymś uciekając marnowałem szansę za szansą na ułożenie sobie życia tak, by było przynajmniej znośne. Zdolność odczuwania radości straciłem dawno, zdolność zaangażowania się jeszcze dawniej. Spędzenia reszty upiornego życia na lekach nie rozważam nawet jako opcji, zostało więc jedno wyjście, póki jeszcze całkiem nie straciłem zmysłów.

Zabijając się skrzywdzę na chwilę kilka osób, pozbawiając je mojego (wątpliwego) wsparcia i wprowadzając śmiercią w ich życie chaos i ból. Ale ów chaos i ból miną, ulegną wkrótce zapomnieniu - dlatego w ostatecznym rozrachunku są lepsze od stałego cierpienia, którego mam w zwyczaju przysparzać ludziom dla mnie ważnym całymi latami. Wierzcie, to minie.

Ludzie... Tylko dzięki dobrym i mądrym ludziom życie stawało się znośne. To im zawdzięczam każdą piękną chwilę. Niestety, większości darczyńców odpłacałem obojętnością albo kłamstwem, kilku być może doprowadziłem do ruiny. Nie zdołam już im tego wynagrodzić. Jest mi przykro i żałuję [zbyt] wielu swoich wyborów. Życzę skrzywdzonym, by umieli zwyczajnie zapomnieć, a potem cieszyć się długim i szczęśliwym życiem.

Nie chciałbym żyć jeszcze raz - sama myśl o tym mnie przeraża. Przeciwnie, wolałbym się nigdy nie urodzić. Trzyma mnie w ryzach tylko świadomość, że lada chwila mnie już nie będzie.

Mark Twain miał powiedzieć: "Nie boję się śmierci w obliczu faktu, że byłem martwy przez miliardy lat przed moim urodzeniem i nie przysporzyło mi to najmniejszej niedogodności". Podświadomość trochę się szarpie i podnosi adrenalinę ("zwierzem jesteś i żyjesz jak zwierzę"), lecz i ta niedogodność skończy się za chwilę.

Żyjcie długo i w szczęściu.

PS. Tydzień temu rzuciłem palenie po około 14 latach (zabawne). Bardzo polecam - przez tych kilka ostatnich dni czułem się fizycznie jak nowo narodzony. Warto było rzucić.

PS 2. Co dość oczywiste, jeśli przeżyję, nie chcę być sztucznie podtrzymywany przy życiu ani leczony za wszelką cenę. Dajcie mi zwyczajnie umrzeć, jeśli nie będziecie mieli jaj mnie dobić.

AOS vel Abd